To nie wy jesteście grubi, to cała reszta jest niedożywiona. - Garfield

czwartek, 8 sierpnia 2013

Miasto, do którego chce się wracać

"Londyn na głowę moją rzucił czar, wciągnął mnie jego kolorowy gwar" i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podpisać się pod tymi słowami Pocahontas. Lubię wracać do tej piosenki i tak jak pasowała ona do mojego nastroju pięć lat temu, gdy odwiedzilam to miasto po raz pierwszy, tak pasuje ona do mojego obecnego nastroju, kiedy drugą wizytą w Londynie potwierdziłam swoje wyobrażenia o tym mieście i pozostałam w nim bezgranicznie zakochana.


Zdecydowanie można mi zazdrościć. Ten siedmiodniowy przegląd wszystkich najważniejszych miejsc był na pewno wspaniały, ale zostawił po sobie niedosyt. Po Picadilly mogłabym chodzić w nieskończoność, błądząc w mniejszych handlowych uliczkach, oglądając wystawy sklepowe. 


Drugi dzień należał zdecydowanie do intensywnych, odwiedziliśmy London Eye, wystaliśmy się w długiej na 50 minut kolejce do wejścia na to wielkie koło, by obejrzeć miasto z góry. Dokładnie tak, jak je zapamiętałam, świetny widok na Big Bena i Parlament, Tamizę, pałac Buckingham, a także budynek, w którym stacjonuje gwardia konna.


W Londynie na kolana rzucają nawet muzea. Są wyjątkowo interaktywne, co w Polsce zdarza się rzadko - chyba tylko w Centrum Kopernika w Warszawie. Tam praktycznie każde muzeum ma chociaż jedną ekspozycję, w której można wszystkiego dotknąć, przetestować, obejrzeć dokładnie z każdej strony. W Muzeum Historii Naturalnej nawet dinozaury były jak żywe, ruszały się, ryczały i były w swojej roli tak przekonujące, że przez chwilę pomyślałam, że albo ja cofnęłam się w czasie, albo ci naukowcy, którzy pracują w bankach DNA w końcu odtworzyli te wielkie gady z jakiejś starej próbki. W centrum Darwina weszliśmy do wielkiego kokonu, gdzie uczyliśmy się wszystkiego o ewolucji, a na wystawie o człowieku badaliśmy układy w organizmie, komórki i zmysły. Szkoda tylko, że nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego w jeden dzień. Wyszliśmy z zamiarem powrotu, który nam się jednak już nie udał :(


Dorobiłam się nawet zdjęcia ze Shrekiem i z Ciastkiem. Muzeum Madame Tussauds to bez wątpienia magiczne miejsce. Można podejść, dotknąć, przytulić swojego ulubionego aktora, piosenkarza, postać z bajki... Tajemniczości korytarzom dodaje fakt, że nie wiemy po pewnym czasie kto jest prawdziwy, a kto z wosku. Korytarz strachu był naprawdę straszny, a przejażdżka taksówką naprawdę klimatyczna.


Miejsca takiego jak to nie widziałam nigdy w życiu. Czy może być coś piękniejszego dla fanów słodyczy niż czteropiętrowy sklep z M&M's? Cztery piętra cukierków w różnych smakach (nie tylko tych tradycyjnych ;P) i kolorach, pluszaków, ubrań i całej masy innych gadżetów, a także niesamowite laboratorium mieszania smaków, gdzie pracownik tworzył gotowe mieszanki do kupienia później w sklepiku. Miejsce, w którym dostałam istnego oczopląsu ;D Ślinka pociekła i aż chciało się wracać.


Co mnie za każdym razem czaruje to na pewno to, że Londyn jest miastem artysyów i wspiera ich całym swoim sercem i duszą. Muzycy mają wyznaczone w całym mieście miejsca, które mogą wynająć i dorobić parę funtów, jeśli są naprawdę dobrzy (a zapewniam Was, zazwyczaj tylko piekielnie dobrzy występują publicznie) i nikt nie robi z tego problemu. Ludzie są zadowoleni, artyści również. No ale, muzycy są również w Polsce. Na dziko, bo na dziko, ale są. Pan powyżej, rzeźbiący cuda w piasku nad Tamizą wprawił mnie w osłupienie i przetarłam oczy z wrażenia.


British Museum chyba jako jedyne nie zachwyciło. Byłam pięć lat temu i o tyle o ile wtedy uderzył mnie ogrom zbiorów i ich bezcenność, tak tym razem czułam się jakbym odgrzewała kotlet. Dobrze, że mój T. zobaczył, bo raz wejść warto, ale nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu.


Jako ciekawostkę wybraliśmy się na zachód miasta do drugiej strefy w poszukiwaniu tak zwanych "funciaków". Znaleźliśmy dwa - Poundworld i jeszcze jeden, którego nazwy niestety już nie pamiętam. Oba były po dwóch stronach małej galerii handlowej. A na piętrze restauracje. W ramach ciekawostki postanowiliśmy zajrzeć do "eat all as you can" indyjskiej restauracyjki. Pomijając fakt, że przemiły kelner mówił z angielskim o tak dziwacznym akcencie, że znałam tylko co piąte słowo, które wypowiadał (co zwykle mi się nie zdarza, uwierzcie ;P), jakoś się dogadaliśmy. Dostaliśmy maślany i czosnkowy chlebek naan, przepyszny ryż i cały bufet jedzenia od curry z kurczaka i jagnięciny zaczynając, na świeżych owocach, ciastach i lodach kończąc. I mieliśmy na to kilka godzin ;D


Będąc w Londynie nie mogłam sobie odmówić też spróbowania, czym się różni polski Starbucks od tamtejszego. Otóż różni się wszystkim. Zamówiłam niedostępne u nas (chyba, bo dawno nie byłam ;o) Triple Caramel Frappucino, dostałam świetną kawę z bitą śmietaną, syropem karmelowym i chrupkami z karmelu - cud miód i karmel, chciałoby się rzec. Mój T. zamówił Mango Passion Fruit u nas zwane Mango Juicem. I tam czuć było mango - dostał fusiasty, zawiesisty lodowy napój robiony z PRAWDZIWEGO mango, a nie z soku ;)


Kontynuując kulinarną wycieczkę, obiecałam sobie, że spróbuję londyńskiej chińszczyzny. I tak też trzy dni przed wyjazdem znalazłam niedaleko naszego hoteliku małą chińską restauracyjkę nastawioną na take-away. Dla nas jak znalazł, woleliśmy zjeść w zaciszu pokoju. No i trzy dni z rzędu jedliśmy tam kolacje - mi posmakował kurczak słodko-kwaśny z ryżem, T. wyłamał się ostatniego dnia i zamówił coś otrzejszego (też kurczak, ale nie wiem z czym ;D). Z polecenia zresztą miłego chłopaka, który obsługiwał tam klientów. Stwierdził, że jego polscy koledzy bardzo lubią to danie ;)


Kolejnym kulinarnym must-eat było tradycyjne fish & chips. Zdecydowaliśmy się na nie dość późno, za każdym razem odrzucając je z powodu ceny, ale w końcu gdy poszliśmy do Tower powiedzieliśmy sobie "Hej! Być tu i nie spróbować? Po co żałować pieniędzy, taniej nie będzie" i spróbowaliśmy. Ryba przepyszna, tradycyjne grube frytki jeszcze lepsze.


Jeśli już o Tower mowa, nie mogło zabraknąć zdjęcia z Tower Bridge. W samej twierdzy nie zwiedzaliśmy zbyt wiele ze względu na gigantyczne kolejki do prawie każdej wystawy. Zwiedziliśmy tylko dwie mniejsze, na których było średnie zainteresowanie - na tortury stalibyśmy godzinę. Chciało nam się czekać tylko na klejnoty koronne - uważałam, że jest to coś, co muszę zobaczyć i co musi zobaczyć mój T. Ja już raz widziałam, on miał przeżyć przygodę życia i zakochać się w tym mieście tak jak ja - najpilniej strzeżone skarby monarchii musiał zobaczyć.


Udało się nam też w ostatni dzień załapać na zmianę warty pod pałacem Buckingham. W sierpniu odbywały się one tylko w dni parzyste, a jedna nie odbyła się w ogóle ze względu na wyścig rowerowy przebiegający przez całe city i kończący się właśnie pod pałacem. Całość naprawdę robi wrażenie, warto było spędzić tam dwie godziny - godzinę żeby zająć dobre miejsce i godzinę oglądać całą ceremonię.


Miałam sobie już odpuścić zdjęcie z czerwoną budką - przecież to takie przereklamowane. Ale to był ostatni dzień i chciałam chłonąć wszystko tak mocno, jak się dało - rzucić się w wir tego miasta, zobaczyc jeszcze więcej, jeszcze szybciej, bo przecież tylko godziny dzieliły nas od powrotu. No i mam zdjęcie. Tak samo zadziałał na mnie Big Ben w ostatni dzień - już mieliśmy wracać do "domku", a okazało się, że chociaż przechodziliśmy całkiem blisko Parlamentu, nie mam ani jednego zdjęcia zegara!


Na sam koniec, upewniając się, że wszystkie najważniejsze miejsca odwiedziliśmy, przekartkowałam jeszcze raz przewodnik. No i o zgrozo okazało się, że nie byliśmy w Muzeum Nauki. Musieliśmy nadrobić, wszak my naukowcy :D Dużo wystaw było interesujących, ale jak zwykle wyszło na to, że T. zaślepiają samochody i silniki, a ja najchętniej poleciałabym na Marsa.


Londyn nas oczarował. Klimatem, ludźmi, uliczkami, sklepami, miejscami znanymi z filmów i całą tą swoją otoczką. Jest mocno komercyjny, zatłoczony, pełen turystów, ale może dlatego tak go pokochaliśmy? Tętni życiem, tak jak my tętnimy życiem. Może na starość Londyn zmęczyłby nas tak, jak męczy na codzień jego mieszkańców, bo jak długo można mieszkać w takim gwarze i pośpiechu? Zadałam sobie to pytanie i stwierdziłam, że nie wiem, ale na pewno chcę tam trafić na rok czy dwa ;)

piątek, 2 sierpnia 2013

Powiedziałam "STOP suchej skórze"

Od jakiegoś czasu na blogu mogliście zauważyć banner z tajemniczym hasłem "STOP suchej skórze". Chociaż nie wiem, ilu z Was tak naprawdę zastanowiło się, o co chodzi, spieszę z odpowiedzią! Wreszcie zagadka rozwiązana ;D

Akcja "STOP suchej skórze" została zorganizowana przez Beauty Face - firmę zajmującą się głównie produkcją hydrożelowych płatów kolagenowych do twarzy, ciała i okolic oczu. Nie słyszałam o niej przed wzięciem udziału w przedsięwzięciu, dlatego bardzo chętnie się zapisałam - lubię poznawać nowe firmy, produkty i doświadczać nowych wyzwań. Wszystko odbywało się w bardzo tajemniczej atmosferze, co jakiś czas dostawałam nowe informacje z coraz to nowszymi szczegółami. Aż nadszedł ten dzień ;) Odebrałam list z drobną paczuszką.




W liście znajdowały się dwie ulotki. Jedna przedstawiała ofertę firmy dotyczącą płatków pod oczy i ich rodzajów wraz z opisami. Druga zawierała wskazówki, które mają pomóc nam w pielęgnacji naszej skóry w lecie, gdy jest ona szczególnie narażona na przesuszenia. Chociaż dowiadujemy się z niej rzeczy oczywistych, takich jak to, że powinniśmy smarować się kremami z filtrami UV, spożywać odpowiednią ilość wody w ciągu dnia (o tym pisałam trochę TU), czy też stosować maski, które regenerują skórę wokół oczu.

Przejdźmy do samego produktu. Płatki zapakowane są w estetyczne opakowanie. Moją uwagę przykuły tylko błędy w opisie produktu na odwrocie. Po pierwsze brak czasu stosowania - należy nałożyć pod oczy, ale na jak długo? Przyjęłam tu standardowe 20 minut + do wyschnięcia płynu z płatków, ale nie wiem, czy zastosowałam je poprawnie. Oprócz tego, w polskiej naklejce ze składem, urywa się on w dziwnym miejscu (podczas gdy angielski niżej pozostaje chyba w całości?). Wiem, że na pewno składa się ona z naturalnego kolagenu morskiego, wyciągu z czerwonego wina, witaminy C i alantoiny. Pozostałe składniki, wymienione już po angielsku to: glycerin, vitis vinifera extract, licorice, root extract, hyaluronic acid, L-ascorbic acid, rosa canina fruit oil, propylene glycol, glyceryl stearate. Nie są to wszystkie składniki - reszta była niewyraźnie wydrukowana :( Mały minus, ale konieczny do poprawy - lubię wiedzieć, co nakładam na twarz. Wy chyba też? ;)

Sam opis płatków również postawił mnie pod pewnym znakiem zapytania. Po składzie wiedziałam już, że moja skóra jest na nie ciut zbyt młoda (jeszcze kilka lat by się przydało ;P), ale zaniepokoiła mnie nieścisłość w opisie. Na naklejce napisano: "skóra dojrzała i w wieku (jakim?), odwodniona, potrzebująca natychmiastowej regeneracji i nawilżenia, szara, matowa, zwiotczała, pozbawiona blasku, kolorytu". Tymczasem w ulotce zaznaczono "dla skóry w każdym wieku".

Dobra, przebrnęłam przez opakowanie. Wyciągnęłam z niego dwie różowe galaretki (magia hydrożelu ;P), przyłożyłam do dolnych powiek i chlup, przykleiły się. Wilgotne, koją od początku, przynoszą uczucie chłodu (co jest dość miłe w trzydziestostopniowy upał, uwierzcie mi ;P). A potem nawet kot chciał ze mną zapozować do zdjęcia ;)


Jak widać, płatki zjeżdżają z twarzy, więc proponuję się położyć wygodnie i zapomnieć o całym świecie na czas. Po ich zdjęciu chwilę musiałam się zastanowić nad efektem. Nawilżyły, trochę ściągnęły skórę pod oczami, więc w ich działanie przeciwzmarszczkowe mogę uwierzyć ;P Tylko takie efekty można zaobserwować po jednorazowym użyciu. Powiem tak, bardzo sympatyczny produkt i naprawdę chciałabym dostać zestaw na kilka aplikacji (o ile można używanie tych płatków nazwać aplikacją? ;D) - dobrze byłoby sprawdzić jego długofalowe działanie. Chociaż przez dwa tygodnie. Ewentualnie tydzień.

Płatki można kupić na stronie internetowej BeautyFace, w tym samym miejscu znajdziecie również ich pełną ofertę. 

Któraś z Was je już stosowała na dłuższą metę niż jednorazowo? Na ile spełniają się obietnice z opakowania? ;)

czwartek, 25 lipca 2013

Siedem dni w Elblągu

I znów poleciałam sobie w kulki. Te wakacje wydają mi się wyjątkowo wyjazdowo-intensywne. Jeszcze przed samym Londynem teściowie z Elbląga postanowili wpaść do Wrocławia i przywieźć nas do nich, a potem zaproponowali również drogę powrotną. Mieliśmy wybór? Nie, ale nie oznacza to, że nie chcieliśmy jechać. Bardzo chcieliśmy. Ja dlatego, że nigdy w tym mieście nie byłam, a mój T. dlatego, że stęsknił się za rodzinnym miastem, którego dwa lata nie widział (nie licząc zeszłorocznego epizodu trwającego godzinę). Tak więc w zeszły wtorek wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy.

Elbląg urzekł mnie gościnnością. Zarówno rodzina T. jak i jego znajomi, okazali się bardzo sympatyczni (no dobra, część znałam, ale nie zmieia to faktu, że inaczej jest rozmawiać z kimś przez telefon/skype, a inaczej doświadczyć jego cudownego charakteru na własnej skórze). Dużo czasu spędziliśmy właśnie w odwiedzinach. Tu kuzyn, tam bratanica, znajomy, znajoma, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli jednak nie byliśmy akurat u kogoś, czas wypełniały nam spacery po starówce, nad Kanałem Elbląskim. Odkryłam Starą Mydlarnię, która kusiła mnie swoimi pachnącymi kosmetykami (tak swoją drogą, to sieciówka, prawda?). Czymże byłyby jednak wakacje bez dobrych lodów?


Obie porcje kupione w tym samym miejscu. Gałkowane z Zielonej Budki - szału nie ma. Te po prawej - to było coś. Chociaż nie są to oryginalne Soprano (które na pocieszenie dostaliśmy później w Gdańsku - o tym za chwilę), te były naprawdę dobre. A można się na nie naciąć, oj można. My wolimy te bardziej wodniste, tymczasem gdzieś po świecie krążą ciężkie, aż maślane, wersje tych lodów. Wstydźcie się.

Elbląg to od teraz także moja kolebka sushi. Pierwszego dnia natknęliśmy się na spory banner "Płacisz 35 zł, jesz ile chcesz". Postanowiliśmy iść, jako że taniej o połowę niż we Wrocławiu. To znaczy zestaw reklamowany jako dla dwojga (30 kawałków) kosztował 45 zł, a wrocławski dwuosobowy zawierający kawałków 24 kosztuje 79 zł. Nieufnie podeszliśmy do kwestii bufetu, ale w końcu się zdecydowaliśmy. Zgodnie stwierdziliśmy, że był to strzał w dziesiątkę. Pomyślcie tylko, zasiadacie na stołeczku barowym przy taśmie, na którą po dłuższej chwili (potrzebnej na przygotowanie ;P) wjeżdżają małe talerzyki z porcyjkami sushi. Albo po cztery krążki maki, albo jedno futomaki, tatar z łososia, sałatka nie wiem z czego, ale dobra, na deser galaretki i świeże owoce. A co najbardziej mnie zdziwiło? Maki i futomaki w cieście na ciepło - dla mnie rewelacja. I tak siedzicie sobie, nawet od 12.00 do 17.00 i jecie i jecie i jecie. Można się najeść - szczerze mówiąc pierwszy raz zapłaciłam tak mało i FAKTYCZNIE się najadłam. A, na przystawkę miso - bardzo dobra, ale nie moje smaki ;( Znacie takie miejsca we Wrocławiu? Bo jeśli Elbląg to tylko tu - ul. Rzeźnicka :D


Będąc w obcym mieście nie może zabraknąć mojej ulubionej przejażdżki miejscową komunikacją miejską. No, kocham tramwaje, autobusy, pod warunkiem, że nie są to moje, te wrocławskie. Spowszedniały, a podróż nimi często traktuje się jak konieczność, a nie przyjemność - urok życia w dużym mieście. Urok życia w ogóle, bo jak się cieszyć z podróży tramwajem, kiedy wkoło ścisk, a tobie się spieszy?

Punktem kulminacyjnym tej całej wyprawy na północ Polski był chyba nasz spontaniczny wyjazd do Gdańska. T., jego kuzyn, znajomy i ja - taka czwóreczka wsiadła w pociąg i o 20.00 w niedzielę była już na dworcu PKP w Gdańsku. Zrobiliśmy spory spacer po starówce - Gdańsk nocą jest piękny, żywy i aż strach to przyznać, bardziej zatłoczony niż Wrocław o tej samej porze. Co tu się dziwić - nasz Rynek chyba ugina się pod natłokiem banków, Żabek i lumpeksów. W końcu rozłączyliśmy się i ja z T. zdecydowaliśmy, że najbliższym pociągiem wracamy do domu. Noc w KFC, na dworcu i w McDonald's, bo nie mieliśmy gdzie się podziać była ciężka, ale udało się. O 5.10 odjechał pociąg do Malborka, skąd po 40 minutach mieliśmy przesiadkę do Elbląga. Wróciliśmy bardzo zmęczeni, ale dla tego nocnego spaceru było warto.


Bardzo żałowałam, że musimy jechać do domu. Ten tydzień należał do jednych z fajniejszych tygodni życia. Wielu rzeczy nie zobaczyliśmy, nie odwiedziliśmy. Po prostu zabrakło czasu. Mimo to, Elbląg stał się miejscem, do którego chcę wrócić. Dla rodziny, znajomych, sushi, lodów, spacerów i zwierzaków, bo bez Karata (owczarka niemieckiego), który merdał ogonem, gdy wracaliśmy do domu, Browarka (niżej na zdjęciu), który był pieszczochem jak się patrzy, a nawet kocicy Niuchy, wystraszonej ale dającej się czasem smyrnąć po łebku, jest trochę smutno. Na szczęście mam w domu Colę, która swoim jednym przytuleniem wynagradza całą tęsknotę.


wtorek, 16 lipca 2013

Catrice #820 Pimp My Shrimp

Jakiś czas temu (no dobra, rok...) kupiłam sobie ten o to lakier. Łososiowy? Brzoskwiniowy? Mało tego, że zdania w rodzinie są podzielone. Ten lakier śmie wyglądać inaczej w każdym świetle! Od neonu, do łagodnej brzoskwini. Dlatego też za adekwatność zdjęć do odcienia nie odpowiadam.

Catrice #820 Pimp My Shrimp kupiłam do zrobienia zdobień ombre razem z #90 I want that! od Essence. Razem wyglądały obłędnie, ale osobno? Nigdy nie próbowałam, więc teraz postanowiłam spróbować. Efekty możecie zobaczyć poniżej.


Bardzo trudno było uchwycić kolor na paznokciach. Błyszczy się, a błyszczy, do tego znowu wyglądał inaczej niż chciałam Wam go pokazać. No, ale wyszło takie coś (tak, wiem, manicure dalej niezrobiony ;P).

Nie pamiętam ile te lakiery obecnie kosztują. Wiem, że można je kupić w drogeriach Natura. Co do konsystencji, jest świetna, bo nie za gęsta i nie za rzadka. Pędzelek obejmuje całą płytkę paznokcia i raczej nie smuży, według mnie dobrze pokrywa. Do uzyskania fajnego efektu wystarczą nawet dwie cieńsze warstwy, choć ja z wygody zawsze maluję dwiema grubszymi - jakoś łatwiej mi się zawsze rozprowadza lakier. Catrice szybko schnie (to znaczy, odpowiednio do grubości warstwy ;P). Po jakichś 10-15 minutach jest już raczej twardy i nic nie odciska. Chociaż ja z przyzwyczajenia uważam na pomalowane paznokcie przynajmniej przez godzinę - różne niespodzianki mnie spotykały.

Ogólnie lubię ten lakier. Świetny na szybkie maźnięcie, bo łatwo się nim maluje i nie trzeba wieków czekać aż wyschnie. Pewnie kupię w niedługim czasie inne kolory, aż sama się dziwię, że jeszcze tego nie zrobiłam ;)

piątek, 12 lipca 2013

Kerstin Gier - Z deszczu pod rynnę, czyli czarna komedia z odkurzaczem w tle

Jestem molem książkowym. Chociaż mój profil na goodreads jeszcze tego nie odzwierciedla, mam za sobą setki, jeśli nie tysiące przeczytanych książek, po które zdążyłam sięgnąć przez 18 lat mojego życia. Zaczęły się wakacje, a co za tym idzie mam teraz więcej czasu na pochłanianie kolejnych literek. Przed wyjazdem do Chorwacji spotkałam się ze znajomą i powiedziałam jej "pożycz coś na drogę". Wręczyla mi niepozorną książkę, o której nigdy nie słyszałam. Zapewniła mnie przy tym, że nie pożałuję ani minuty spędzonej przy książce.

Gerri to sympatyczna trzydziestolatka, która wpada w depresję, stwierdzając, że w jej życiu nic się nie układa, jako jedyna nie ma perspektyw na wyjście za mąż, pracę, której nie wstydzilaby się jej rodzina - obecnie jest pisarką i autorką tasiemcowych romansideł. Postanawia popełnić samobójstwo i wszystko sobie dokładnie planuje - nawet napisanie do wszystkich członków rodziny, znajomych listów pożegnalnych, w których, nie przebierając w słowach, dosadnie mówi im, co o nich myśli. Listy będące zakończeniem każdego rozdziału są jednym z najzabawniejszych elementów książki.

Gdy nadchodzi czas zaplanowanego samobójstwa i Gerri pojawia się w hotelu, wszystko nagle zaczyna sypać się jak domino. Na skutek wielu zbiegów okoliczności, wieczór zmienia się w fatalny dla kobiety. Załamana szuka schronienia u przyjaciółki - listy poszły w świat, a skoro nie udało jej się zakończyć swojego "marnego" żywota, będzie musiała zmierzyć się z reakcjami ludzi na jej niezbyt miłe słowa.

Kto by pomyślał, że o śmierci można opowiadać w tak sympatyczny i przezabawny sposób. Co więcej, kto by pomyślał, że po takiej serii nieprzyjemnych i komicznych zdarzeń, główna bohaterka może jeszcze zaznać prawdziwego szczęścia, a jej los odwróci się o 180 stopni. Dodając do tego fakt, że gdy jej się szczęści, innym się sypie, mamy cudowną komedię sytuacyjną - normalnie miód, orzeszki i czekolada ;)

Czytaliście? Ciekawa jestem, czy tylko ja parskałam śmiechem średnio trzy razy na stronę :)

czwartek, 11 lipca 2013

Essence nude glam #03 - Cookies & Cream

Lakiery Essence są jednymi z moich ulubionych, bo nie liczy się tu trwałość (średnio zmieniam kolory co 2-3 dni, a tyle one spokojnie wytrzymują), a kolor. Kolory są świetne - różnorodność potrafi przytłoczyć. Jakiś czas temu zdecydowałam się jednak stonować i wybrać jeden z kolorów Nude Glam (jeszcze w starej wersji, obecnie jest nowa, różniąca się zdaje się tylko rozmiarem pędzelka i pojemnością).


Wybrałam kolor #03 (cookies & cream w nowej wersji ma numer #06), ciepły odcień beżu. Ludzie, którzy oglądają go na paznokciach stwierdzają, że użyłam zwykłego lakieru bezbarwnego, ale o to chyba chodzi w kolorach nude, prawda? Odcień jest ładny i delikatny. Co do samego lakieru, mam kilka zastrzeżeń, bo przecież ideałów nie ma. Przede wszystkim schnie dość wolno, trzeba jeszcze długo uważać, by nic nie odcisnąć. To, plus fakt, że do uzyskania właściwego koloru potrzeba dwóch grubych lub trzech cienkich warstw, a co za tym idzie, ciut trzeba się namachać, dla niektórych jest barierą nie do przejścia. Lakier nieco smuży, przy cieńszych warstwach wyraźnie widać pociągnięcia pędzelkiem. Oprócz tego, czasem nierównomiernie się aplikuje, pozostawiając łatki składające się z plamek lakieru i niepomalowanych części paznokcia.
Sam pędzelek mi odpowiada, nie jest zbyt szeroki, ani zbyt wąski. Nie obejmuje całego paznokcia, ale mi to nie przeszkadza - wolę domalować niż domywać skórki po zbyt rozlazłym pędzlu.


Tak lakier prezentuje się na paznokciach. Jak widać, możecie dopatrzyć się tu smug po pędzelku, jednak są one tak mocno widoczne przez ostre oświetlenie. W rzeczywistości wydają się być mniej widoczne. Tak, wiem, że przyda mi się mały manicure ;P Po prostu ostatnio nie miałam zbyt dużo czasu, a blade, niepomalowane paznokcie aż mnie bolały i kluły w serducho :(

Używałyście nowej wersji lakierów nude glam od Essence? Jakie są wasze odczucia?

poniedziałek, 8 lipca 2013

Sweet Secret: Migdałowy balsam do ciała

Długo nie pisałam, więc muszę się usprawiedliwić. Chcę się usprawiedliwić. A w związku z tym, że owo usprawiedliwienie jest wyjątkowo cudowne, z wielką chęcią napiszę Wam, co się ze mną przez ten długi czas działo.

Przede wszystkim wyjechałam na dwa tygodnie na cudowny wypoczynek w Chorwacji. Wróciłam do starych dobrych czasów podróży z firm oferujących noclegi w pełni wyposażonych namiotach, gdzie jest wygodnie, ale nie da się uniknąć spędzania całych dni na świeżym powietrzu, pływania w morzu i obserwowania pięknych ryb i koralowców, czy też taplania się w chłodnej, basenowej wodzie :)
Pojechałam jako kochana i kochająca dziewczyna, wróciłam jako narzeczona.


Gdy wróciłam do domu, dwa dni później spotkała mnie mała osobista tragedia - kot, którego zdjęcie widzieliście jakiś czas temu, wyszedł na wieczór i już sześć dni nie wraca - wczoraj byłam w schronisku i przygarnęłam 2,5-miesięczną kotkę, żeby całej rodzinie nie było smutno, ale wciąż mamy nadzieję, że nasz ukochany Panda wróci i będzie miał okazję zostać przysposobionym tatą dla naszej małej Coli ;D








Przechodząc do właściwego tematu notki. Przed samym wyjazdem kupiłam sobie migdałowy balsam do ciała Sweet Secret z Farmony. W sklepie zauroczył mnie przede wszystkim jego zapach - w jednych firmach jest to zapach kakao, w innych kokosa. Dla mnie nazwa "słodkie trufle i migdały" brzmiała na tyle smacznie, że byłam w stanie zaakceptować ją jako nazwę mojego ukochanego zapachu (chociaż moja mama ma zgoła odmienne zdanie - dla niej ten balsam po prostu śmierdzi, jest duszący - ja go pokochałam, choć może faktycznie na lato lepszy jest zapach kwiatów... cytrusów?).

Konsystencja kosmetyku jest jak dla mnie świetna. Sama formuła nie jest zbyt ciężka - chociaż balsam jest  mocno nawilżający i lekko tłusty, genialnie się rozsmarowuje i bardzo szybko wchłania. Uroku dodają mu brązowe drobinki - nie wiem, jaka miała być ich rola, ale wesoło się nimi smarowało. Co najważniejsze, zaobserwowałam widoczną poprawę nawilżenia mojego ciała. Teraz, gdy Sweet Secret mi się skończył i postanowiłam wypróbować pachnące podobnie, lecz mniej dusząco, masło kakaowe z Ziaji, widzę, że chyba nie nawilża ono tak, jak balsam Farmony (skóra na rękach i nogach zaczęła się po prostu łuszczyć, mimo stosowania peelingów, regularnego balsamowania i ogólnej pielęgnacji). No, ale żeby nie było tak cudownie powiem - mało wydajny. Może przesadzam, ale wydaje mi się, że dwa tygodnie stosowania to za mało :(


Jaka jest moja opinia? Na pewno do produktu wrócę. Pewnie przejściowo, między jednym balsamem a drugim (taki mój fetysz, uwielbiam wypróbowywać nowe zapachy :D), na pewno zimą, gdy zapach nie będzie odczuwalny przez otoczenie jako przytłaczający.
Miałyście do czynienia z tym balsamem? Wiem, że opinie o nim są podzielone - jestem ciekawa Waszych :)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Caro-Beauty.pl, AllRightsReserved.

Designed by ScreenWritersArena